Z Sydney wyjechaliśmy
już następnego dnia, w stronę stolicy Australii – Canberry. Przyaciel B. zafundował
nam bilety na autobus i wdzięczna mu jestem z całego serca nie tylko za jego
zaproszenie i cudowną rodzinną atmosferę i otwarty dla nas dom, i obiady,
podczas których odkryłam niezwykle pociągające znaczenie słowa australijki stek i
wiele, wiele innych, wspaniałych rzeczy, ale i za doświadczenie firmy
przewozowej Murrays. Stała się ona dla
mnie synonimem Australijskiej lekkości bycia.
G'day – usłyszałam z głośnika nad moją głową. Kierowca, lekko
łysiejący pan około pięćdziesiątki, ubrany w dokładnie wyprasowany mundur, powitał nas z mocnym australijskim zaśpiewem.
Tak zaczęła się moja
pierwsza lekcja australijkiego - nauka skrótów i zdrobnień. Australijczycy
wymyślają i użuwają ich najwięcej ze
wszystkich anglojęzycznych narodów. Więc zamiast powiedzieć breakfast, mówią
breki, mosquito – mozi, cup of tea - cuppa, Mc Donalds - Maccas, afternoon - arvo,
bottle shop - Bottle-O, barbecue – barbi, television - teli, service station –
servo, biscuit - biki,
a G’day oznacza good day, czyli nasze dzień dobry. Chciaż część Australijczyków
zarzeka się, że już nikt teraz nie przywita Cię staromodnym G’day, często
zdarza mi się słyszeć je, szczególnie z przyklejonym „mate” na końcu. Obok link dla ciekawych,
którzy chcą usłyszeć jak brzmi to powitanie.
Właśnie prowadzone są
badania, żeby znaleźć przyczynę tej ich miłości do skrótów. Na razie powodów
znaleziono kilka. Ozzies /ozis/ czyli Australijczycy chcą brzmieć
przyjacielsko, luźno i bez nieporzebnej
pompy, która nieraz towarzyszyła (do lat 70-tych lepiej postrzeganemu w
kulturze) brytyjskiemu. Dzięki „australizacji” słów łatwo odrożnić ten język od
reszty anglojęzycznych narodów, co ma ważne funkcje w budowaniu tożsamości
kulturowej. Do mnie jednak przemawia
teoria mówiąca o minimalnym zaangażowaniu i oszczędności energii podczas aktu
mówienia. Będąc kilka miesięcy w Queensland podczas sezonu letniego, odczułam ją
na własnej skórze. Kiedy jest diablenie gorąco, każdy ruch naturalnie redukuje
się do minimum. Jest jeszcze jeden interesujący pogląd na tę sprawę, pochodzący z nieco mniej oficjalnych źródeł. W Australijskim buszu jest taka masa much, że nie należy otwierać ust bezpodstawnie, jeśli nie chce się mieć jednej z nich za przekąskę. Na szczęście nie udało mi się go jeszcze potwierdzić.
Daleko mi teraz do polskich troskliwych zupek prędziutko przygotowanych na obiadek i kawusi wypitej
z ciasteczkiem, czy kłopotliwych “mam pytanko na temat pieniążków” albo
infantylnych kiciusiów i
misiaczków. W języku polskim, w
wielu przypadkach, musimy się „nadokładać”, żeby dodać coś osobistego do
istniejącego słowa. Tu słysze: „I’d like cuppa with a biki, please” i
odpowiadam: „Ok, babe”.
Więc całość zaczeła się
od G'day i dalej brzmiała w tłumaczniu mniej więcej tak: Witam na pokładzie
Murrays. Pogodę mamy dzisiaj ładną, to dobrze. Parę ogłoszeń dla naszej wygody.
Po pierwsze proszę, żebyście nie zostawiali śmieci, bo mi się potem nie chce
tego zbierać. Nie jemy w autokarze, nie palimy i pijemy alkoholu, już kilku
zarzyło mi się wysadzić i musieli iść na nogach, a do Canberry to nie taki spacerek. Poza tym możecie kożystać z toalety, ale ona nie jest przystosowana do
zrzucania dużych obiektów, jeśli wiecie, co mam na myśli, potem ja mam z tym
problemy. Macie też zapiąć pasy, bo nie będę płacił za was mandatu. Nie
właczajcie na głos telefonów, gier i innych gadżetów, żeby nikt nikomu nie
przeszkadał i wszystkim nam razem dobrze się jechało. Dziękuję.
Przed oczami mam
indyjskiego, półnagiego sadhu z pomarańczowym turbanem na głowie. Siedzi tuż
obok nas w autobusie do jednego z Indyjskich miast. Pali skręta i uśmiecha się jakby już wszystko wiedział. Z
radia wydobywa się hałaśliwa muzyka. Czyjś dzwonek telefonu dopisuje zupełnie
nową partyturę do muzyki z radia. To
telefon kierowcy. Odbiera go i zaczyna głośno rozmawiać, śmiejąc się od czasu do
czasu pełnią swojego brzucha. Po jego prawej i lewej stronie (bo dużo ludzi i
ciasno) stoi dwójka hindusów żywo spierając się o coś. Wszyscy wszystkich
rozumieją.
A u mnie – cisza...
Wjeżdzamy na ogromną
autostradę, z okna widzę cudowną, otwartą przestrzeń: rdzawo czerwoną ziemię
poprzeicnaną samotnymi drzewami i
błekitne niebo. B. podaje mi słuchawki, w których słyszę: Aborygen, Aborygen, niech tańczy na niebie. Aborygen, Aborygen wolny jak ptak...
Czy w zupełnym huku, czy
w ciszy: Świat jest pełny magicznych
rzeczy i czeka tylko cierpliwie, kiedy wyostrzą się nasze zmysły. (W.R.
Yeats)
Nieraz powiedziec cos w skrocie to fajna rzecz,nie trzeba sie wysilac w doborze slow a jeszcze lepiej czasem pojsc na skroty omijajac malostkowosc ,oszczedzajac przy tym cenny czas. w skrocie pa pa..........
Nieraz powiedziec cos w skrocie to fajna rzecz,nie trzeba sie wysilac w doborze slow
ReplyDeletea jeszcze lepiej czasem pojsc na skroty omijajac malostkowosc ,oszczedzajac przy tym cenny czas.
w skrocie pa pa..........
CZad !! Pozdrawiam ;)
ReplyDelete